← Sklepy cynamonowe

Opening the book…

Produced by Pawel Sobkowiak and Polska Biblioteka Internetowa

BRUNO SCHULZ SKLEPY CYNAMONOWE

Spis tresci:

SIERPIEŃ NAWIEDZENIE PTAKI MANEKINY TRAKTAT O MANEKINACH ALBO WTÓRA

KSIĘGA RODZAJU TRAKTAT O MANEKINACH Ciąg dalszy TRAKTAT O MANEKINACH

Dokończenie NEMROD PAN PAN KAROL SKLEPY CYNAMONOWE ULICA KROKODYLI

KARAKONY WICHURA NOC WIELKIEGO SEZONU

SIERPIEŃ

1

W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i

starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszołamiających dni letnich.

Wertowaliœśmy, odurzeni œświatłem, w tej wielkiej księdze wakacji, której

wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia

miąższ złotych gruszek. Adela wracała w œświetliste poranki, jak Pomona z

ognia dnia rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca -

lœśniące, pełne wody pod przejrzystą skórką czereśœnie, tajemnicze, czarne

wiśœnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w

których miąższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystej

poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnoœścią płaty mięsa z

klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i

meduzy - surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym i

jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim

i polnym. Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku

przechodziło co dzień na wskrośœ całe wielkie lato: cisza drgających

słojów powietrznych, kwadraty blasku œśniące żarliwy swój sen na

podłodze; melodia katarynki, dobyta z najgłębszej złotej żyły dnia; dwa,

trzy takty refrenu, granego gdzieœ na fortepianie, wciąż na nowo,

mdlejące w słońcu na białych trotuarach, zagubione w ogniu dnia

głębokiego. Po sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje, zasuwając

płócienne story. Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej, pokój napełniał

się cieniem, jakby pogrążony w śœwiatło głębi morskiej, jeszcze mętniej

odbity w zielonych zwierciadłach, a cały upał dnia oddychał na storach,

lekko falujących od marzeń południowej godziny. W sobotnie popołudnia

wychodziłem z matką na spacer. Z półmroku sieni wstępowało się od razu w

słoneczną kąpiel dnia. Przechodnie, brodząc w złocie, mieli oczy

zmrużone od żaru, jakby zalepione miodem, a podciągnięta górna warga

odsłaniała im dziąsła i zęby. I wszyscy brodzący w tym dniu złocistym

mieli ów grymas skwaru, jak gdyby słońce nałożyło swym wyznawcom jedną i

tę samą maskę - złotą maskę bractwa słonecznego; i wszyscy, którzy szli

dziœś ulicami, spotykali się, mijali, starcy i młodzi, dzieci i kobiety,

pozdrawiali się w przejœściu tą maską, namalowaną grubą, złotą farbą na

twarzy, szczerzyli do siebie ten grymas bakchiczny - barbarzyńską maskę

kultu pogańskiego. Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzu

gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia. Cierniste akacje, wyrosłe z

pustki żółtego placu, kipiały nad nim jasnym listowiem, bukietami

szlachetnie uczłonkowanych filigranów zielonych, jak drzewa na starych

gobelinach. Zdawało się, że te drzewa afektują wicher, wzburzając

teatralnie swe korony, ażeby w patetycznych przegięciach ukazać

wytwornośœć wachlarzy listnych o srebrzystym podbrzuszu, jak futra

szlachetnych lisic. Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawiały

się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw,

rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacje

dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijający stare fasady z pleśœni

tynku) obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień

wyraźŸniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losu i życia, które

formowało je od wewnątrz. Teraz okna, ośœlepione blaskiem pustego placu,

spały; balkony wyznawały niebu swą pustkę; otwarte sienie pachniały

chłodem i winem. Kupka obdartusów, ocalała w kącie rynku przed płomienną

miotłą upału, oblegała kawałek muru, dośœwiadczając go wciąż na nowo

rzutami guzików i monet, jak gdyby z horoskopu tych metalowych krążków

odczytać można było prawdziwą tajemnicę muru, porysowanego hieroglifami

rys i pęknięć. Zresztą rynek był pusty. Oczekiwało się, że przed tę sień

sklepioną z beczkami winiarza podjedzie w cieniu chwiejących się akacyj

osiołek Samarytanina, prowadzony za uzdę, a dwóch pachołków zwlecze

troskliwie chorego męża z rozpalonego siodła, ażeby go po chłodnych

schodach wnieśœć ostrożnie na pachnące szabasem piętro. Tak wędrowaliœśmy

z matką przez dwie słoneczne strony rynku, wodząc nasze załamane cienie

po wszystkich domach, jak po klawiszach. Kwadraty bruku mijały powoli

pod naszymi miękkimi i płaskimi krokami - jedne bladoróżowe jak skóra

ludzka, inne złote i sine, wszystkie płaskie, ciepłe, aksamitne na

słońcu, jak jakieœ twarze słoneczne, zadeptane stopami aż do niepoznaki,

do błogiej nicośœci. Aż wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliœśmy w

cień apteki. Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym

symbolizowała chłód balsamów, którym każde cierpienie mogło się tam

ukoić. I po paru jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal

decorum miasta, jak chłop, który wracając do wsi rodzimej, rozdziewa się

po drodze z miejskiej swej elegancji, zamieniając się powoli, w miarę

zbliżania do wsi, w obdartusa wiejskiego. Przedmiejskie domki tonęły

wraz z oknami, zapadnięte w bujnym i zagmatwanym kwitnieniu małych

ogródków. Zapomniane przez wielki dzień, pleniły się bujnie i cicho

wszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej pauzy, którą prześœnić mogły

za marginesem czasu, na rubieżach nieskończonego dnia. Ogromny

słonecznik, wydźŸwignięty na potężnej łodydze i chory na elephantiasis,

czekał w żółtej żałobie ostatnich, smutnych dni żywota, uginając się pod

przerostem potwornej korpulencji. Ale naiwne przedmiejskie dzwonki i

perkalikowe, niewybredne kwiatuszki stały bezradne w swych

nakrochmalonych, różowych i białych koszulkach, bez zrozumienia dla

wielkiej tragedii słonecznika.

2

Splątany gąszcz traw, chwastów, zielska i bodiaków buzuje w ogniu

popołudnia. Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu. Złote

œciernisko krzyczy w słońcu, jak ruda szarańcza; w rzęsistym deszczu

ognia wrzeszczą œświerszcze; strąki nasion eksplodują cicho, jak koniki

polne. A ku parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem-pagórem,

jak gdyby ogród obrócił się we śœnie na drugą stronę i grube jego,

chłopskie bary oddychają ciszą ziemi. Na tych barach ogrodu niechlujna,

babska bujnośœć sierpnia wyolbrzymiała w głuche zapadliska ogromnych

łopuchów, rozpanoszyła się płatami włochatych blach listnych, wybujałymi

ozorami mięsistej zieleni. Tam te wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły

się jak babska szeroko rozsiadłe, na wpół pożarte przez własne oszalałe

spódnice. Tam sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu,

œśmierdzącą mydłem, grubą kaszę babek, dziką okowitę mięty i wszelką

najgorszą tandetę sierpniową. Ale po drugiej stronie parkanu, za tym

matecznikiem lata, w którym rozrosła się głupota zidiociałych chwastów,

było śœmietnisko zarosłe dziko bodiakiem. Nikt nie wiedział, że tam

właśœnie odprawiał sierpień tego lata swoją wielką pogańską orgię. Na tym

œśmietnisku, oparte o parkan i zarośœnięte dzikim bzem, stało łóżko

skretyniałej dziewczyny Tłui. Tak nazywaliśœmy ją wszyscy. Na kupie

œśmieci i odpadków, starych garnków, pantofli, rumowiska i gruzu stało

zielono pomalowane łóżko, podparte zamiast brakującej nogi dwiema

starymi cegłami. Powietrze nad tym rumowiskiem, zdziczałe od żaru, cięte

błyskawicami lœśniących much końskich, rozwœścieczonych słońcem,

trzeszczało jak od nie widzianych grzechotek, podniecając do szału.

Tłuja siedzi przykucnięta wœród żółtej pośœcieli i szmat. Wielka jej

głowa jeży się wiechciem czarnych włosów. Twarz jej jest kurczliwa jak

miech harmonii. Co chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc

poprzecznych fałd, a zdziwienie rozciąga ją z powrotem, wygładza fałdy,

odsłania szparki drobnych oczu i wilgotne dziąsła z żółtymi zębami pod

ryjowatą, mięsistą wargą. Mijają godziny pełne żaru i nudy, podczas

których Tłuja gaworzy półgłosem, drzemie, zrzędzi z cicha i chrząka.

Muchy obsiadają nieruchomą gęstym rojem. Ale z nagła ta cała kupa

brudnych gałganów, szmat i strzępów zaczyna poruszać się, jakby ożywiona

chrobotem lęgnących się w niej szczurów. Muchy budzą się spłoszone i

podnoszą wielkim, huczącym rojem, pełnym wœciekłego bzykania, błysków i

migotań. I podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają po

œśmietnisku jak spłoszone szczury, wygrzebuje się z nich, odwija zwolna

jądro, wyłuszcza się rdzeń śmietniska: na wpół naga i ciemna kretynka

dŸźwiga się powoli i staje, podobna do bożka pogańskiego, na krótkich

dziecinnych nóżkach, a z napęczniałej napływem złoœści szyi, z

poczerwieniałej, ciemniejącej od gniewu twarzy, na której jak malowidła

barbarzyńskie wykwitają arabeski nabrzmiałych żył, wyrywa się wrzask

zwierzęcy, wrzask chrapliwy, dobyty ze wszystkich bronchij i piszczałek

tej półzwierzęcej-półboskiej piersi. Bodiaki, spalone słońcem, krzyczą,

łopuchy puchną i pysznią się bezwstydnym mięsem, chwasty śœlinią się

błyszczącym jadem, a kretynka, ochrypła od krzyku, w konwulsji dzikiej

uderza mięsistym łonem z wœściekłą zapalczywośœcią w pień bzu dzikiego,

który skrzypi cicho pod natarczywoœścią tej rozpustnej chuci, zaklinany

całym tym nędzarskim chórem do wynaturzonej, pogańskiej płodnoœści. Matka

Tłui wynajmuje się gospodyniom do szorowania podłóg. Jest to mała, żółta

jak szafran kobieta i szafranem zaprawia też podłogi, jodłowe stoły,

ławy i szlabany, które w izbach ubogich ludzi zmywa. Raz zaprowadziła

mnie Adela do domu tej starej Maryœki. Była wczesna poranna godzina,

weszliœśmy do małej izby niebiesko bielonej, z ubitą polepą glinianą na

podłodze, na której leżało wczesne słońce, jaskrawożółte w tej ciszy

porannej, odmierzanej przeraźŸliwym szczękiem chłopskiego zegara na

œścianie. W skrzyni na słomie leżała głupia Maryœka, blada jak opłatek i

cicha jak rękawiczka, z której wysunęła się dłoń. I jakby korzystając z

jej snu, gadała cisza, żółta, jaskrawa, zła cisza, monologowała, kłóciła

się, wygadywała głośœno i ordynarnie swój maniacki monolog. Czas Maryœki

- czas więziony w jej duszy, wystąpił z niej straszliwie rzeczywisty i

szedł samopas przez izbę, hałaśœliwy, huczący, piekielny, rosnący w

jaskrawym milczeniu poranka z głośœnego młyna-zegara, jak zła mąka, sypka

mąka, głupia mąka wariatów.

3

W jednym z tych domków, otoczonym sztachetami brązowej barwy, tonącym

w bujnej zieleni ogródka, mieszkała ciotka Agata. Wchodząc do niej,

mijaliœśmy w ogrodzie kolorowe szklane kule, tkwiące na tyczkach, różowe,

zielone i fioletowe, w których zaklęte były całe śœwietlane i jasne

œświaty, jak te idealne i szcz궜liwe obrazy zamknięte w niedośœcigłej

doskonałoœści baniek mydlanych. W półciemnej sieni ze starymi

oleodrukami, pożartymi przez pleśœń i ośœlepłymi od starośœci,

odnajdowaliœśmy znany nam zapach. W tej zaufanej starej woni mieśœciło się

w dziwnie prostej syntezie życie tych ludzi, alembik rasy, gatunek krwi

i sekret ich losu, zawarty niedostrzegalnie w codziennym mijaniu ich

własnego, odrębnego czasu. Stare, mądre drzwi, których ciemne

westchnienia wpuszczały i wypuszczały tych ludzi, milczący śœwiadkowie

wchodzenia i wychodzenia matki, córek i synów-otworzyły się bezgłośœnie

jak odrzwia szafy i weszliśœmy w ich życie. Siedzieli jakby w cieniu

swego losu i nie bronili się - w pierwszych niezręcznych gestach

wydali nam swoją tajemnicę. Czyż nie byliœśmy krwią i losem spokrewnieni z

nimi? Pokój był ciemny i aksamitny od granatowych obić ze złotym

deseniem, lecz echo dnia płomiennego drgało i tutaj jeszcze mosiądzem na

ramach obrazów, na klamkach i listwach złotych, choć przepuszczone przez

gęstą zieleń ogrodu. Spod śœciany podniosła się ciotka Agata, wielka i

bujna, o mięsie okrągłym i białym, centkowanym rudą rdzą piegów.

Przysiedliœśmy się do nich, jakby na brzeg ich losu, zawstydzeni trochę

tą bezbronnoœścią, z jaką wydali się nam bez zastrzeżeń, i piliśœmy wodę z

sokiem różanym, napój przedziwny, w którym znalazłem jakby najgłębszą

esencję tej upalnej soboty. Ciotka narzekała. Był to zasadniczy ton jej

rozmów, głos tego mięsa białego i płodnego, bujającego już jakby poza

granicami osoby, zaledwie luźŸnie utrzymywanej w skupieniu, w więzach

formy indywidualnej, i nawet w tym skupieniu już zwielokrotnionej,

gotowej rozpaśœć się, rozgałęzić, rozsypać w rodzinę. Była to płodnoœść

niemal samoródcza, kobiecoœść pozbawiona hamulców i chorobliwie wybujała.

Zdawało się, że sam aromat męskośœci, zapach dymu tytoniowego, dowcip

kawalerski mógł dać impuls tej zaognionej kobiecośœci do rozpustnego

dzieworództwa. I właśœciwie wszystkie jej skargi na męża, na służbę, jej

troski o dzieci były tylko kapryszeniem i dąsaniem się nie zaspokojonej

płodnośœci, dalszym ciągiem tej opryskliwej, gniewnej i płaczliwej

kokieterii, którą nadaremnie dośœwiadczała męża. Wuj Marek, mały,

zgarbiony, o twarzy wyjałowionej z płci, siedział w swym szarym

bankructwie, pogodzony z losem, w cieniu bezgranicznej pogardy, w którym

zdawał się wypoczywać. W jego szarych oczach tlił się daleki żar ogrodu,

rozpięty w oknie. Czasem próbował słabym ruchem robić jakieœ

zastrzeżenia, stawiać opór, ale fala samowystarczalnej kobiecoœści

odrzucała na bok ten gest bez znaczenia, przechodziła triumfalnie mimo

niego, zalewała szerokim swym strumieniem słabe podrygi męskośœci. Było

coœś tragicznego w tej płodnośœci niechlujnej i nieumiarkowanej, była

nędza kreatury walczącej na granicy nicośœci i œśmierci, był jakiś heroizm

kobiecoœści triumfującej urodzajnośœcią nawet nad kalectwem natury, nad

insuficjencją mężczyzny. Ale potomstwo ukazywało rację tej paniki

macierzyńskiej, tego szału rodzenia, który wyczerpywał się w płodach

nieudanych, w efemerycznej generacji fantomów bez krwi i twarzy. Weszła

Łucja, œśrednia, z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą na dziecięcym i

pulchnym ciele o mięsie białym i delikatnym. Podała mi rączkę lalkowatą,

jakby dopiero pączkującą, i zakwitła od razu całą twarzą, jak piwonia

przelewająca się pełnią różową. Nieszcz궜liwa z powodu swych rumieńców,

które bezwstydnie mówiły o sekretach menstruacji, przymykała oczy i

płoniła się jeszcze bardziej pod dotknięciem najobojętniejszego pytania,

gdyż każde zawierało tajną aluzję do jej nadwrażliwego panieństwa. Emil,

najstarszy z kuzynów, z jasnoblond wąsem, z twarzą, z której życie zmyło

jakby wszelki wyraz, spacerował tam i z powrotem po pokoju, z rękami w

kieszeniach fałdzistych spodni. Jego strój elegancki i drogocenny nosił

piętno egzotycznych krajów, z których powrócił. Jego twarz, zwiędła i

zmętniała, zdawała się z dnia na dzień zapominać o sobie, stawać się

białą pustą œścianą z bladą siecią żyłek, w których jak linie na zatartej

mapie plątały się gasnące wspomnienia tego burzliwego i zmarnowanego

życia. Był mistrzem sztuk karcianych, palił długie, szlachetne fajki i

pachniał dziwnie zapachem dalekich krajów. Z wzrokiem wędrującym po

dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne anegdoty, które w pewnym punkcie

urywały się nagle, rozprzęgały i rozwiewały w nicośœć. Wodziłem za nim

tęsknym wzrokiem, pragnąc, by zwrócił na mnie uwagę i wybawił mnie z

udręki nudów. I w samej rzeczy zdawało mi się, że mrugnął na mnie

oczyma, wychodząc do drugiego pokoju. Podążyłem za nim. Siedział nisko

na małej kozetce, z kolanami krzyżującymi się niemal na wysokośœci głowy,

łysej jak kula bilardowa. Zdawało się, że to ubranie samo leży,

fałdziste, zmięte, przerzucone przez fotel. Twarz jego była jak

tchnienie twarzy - smuga, którą nieznany przechodzień zostawił w

powietrzu. Trzymał w bladych, emaliowanych błękitnie dłoniach portfel, w

którym coœś oglądał. Z mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo

bladego oka, wabiąc mnie figlarnym mruganiem. Czułem doń nieprzepartą

sympatię. Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi

dłońmi fotografie, pokazywał wizerunki nagich kobiet i chłopców w

dziwnych pozycjach. Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te

delikatne ciała ludzkie dalekimi, niewidzącymi oczyma, gdy fluid

niejasnego wzburzenia, którym nagle zmętniało powietrze, doszedł do mnie

i zbiegł mię dreszczem niepokoju, falą nagłego zrozumienia. Ale

tymczasem ta mgiełka uœmiechu, która się zarysowała pod miękkim i

pięknym jego wąsem, zawiązek pożądania, który napiął się na jego

skroniach pulsującą żyłą, natężenie trzymające przez chwilę jego rysy w

skupieniu - upadły z powrotem w nicoœść i twarz odeszła w nieobecnoœć,

zapomniała o sobie, rozwiała się,

NAWIEDZENIE

1

Już wówczas miasto nasze popadało coraz bardziej w

chroniczną szaroœść zmierzchu, porastało na krawędziach liszajem cienia,

puszystą pleśœnią i mchem koloru żelaza. Ledwo rozpowity z brunatnych

dymów i mgieł poranka - przechylał się dzień od razu w niskie

bursztynowe popołudnie, stawał się przez chwilę przezroczysty i złoty

jak ciemne piwo, ażeby potem zejœść pod wielokrotnie rozczłonkowane,

fantastyczne sklepienia kolorowych i rozległych nocy. Mieszkaliśmy w

rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i śœlepych fasadach,

które tak trudno od siebie odróżnić. Daje to powód do ciągłych omyłek.

Gdyż wszedłszy raz w niewłaśœciwą sień na niewłaśœciwe schody, dostawało

się zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszkań, ganków,

niespodzianych wyjœść na obce podwórza i zapominało się o początkowym

celu wyprawy, ażeby po wielu dniach, wracając z manowców dziwnych i

splątanych przygód, o jakimœś szarym śœwicie przypomnieć sobie wśœród

wyrzutów sumienia dom rodzinny. Pełne wielkich szaf, głębokich kanap,

bladych luster i tandetnych palm sztucznych mieszkanie nasze coraz

bardziej popadało w stan zaniedbania wskutek opieszałośœci matki,

przesiadującej w sklepie, i niedbalstwa smukłonogiej Adeli, która nie

nadzorowana przez nikogo, spędzała dnie przed lustrami na rozwlekłej

toalecie, zostawiając wszędzie śœlady w postaci wyczesanych włosów,

grzebieni, porzuconych pantofelków i gorsetów. Mieszkanie to nie

posiadało okreśœlonej liczby pokojów, gdyż nie pamiętano, ile z nich

wynajęte było obcym lokatorom. Nieraz otwierano przypadkiem którąœś z

tych izb zapomnianych i znajdowano ją pustą; lokator dawno się

wyprowadził, a w nietkniętych od miesięcy szufladach dokonywano

niespodzianych odkryć. W dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w

nocy budziły nas ich jęki, wydawane pod wpływem zmory sennej. W zimie

była jeszcze na dworze głucha noc, gdy ojciec schodził do tych zimnych i

ciemnych pokojów, płosząc przed sobą śœwiecą stada cieni, ulatujących

bokami po podłodze i śœcianach; szedł budzić ciężko chrapiących z

twardego jak kamień snu. W œświetle pozostawionej przezeń świecy wywijali

się leniwie z brudnej pośœcieli, wystawiali, siadając na łóżkach, bose i

brzydkie nogi i z skarpetką w ręce oddawali się jeszcze przez chwilę

rozkoszy ziewania - ziewania przeciągniętego aż do lubieżnośœci, do

bolesnego skurczu podniebienia, jak przy tęgich wymiotach. W kątach

siedziały nieruchomo wielkie karakony, wyogromnione własnym cieniem,

którym obarczała każdego płonąca œświeca i który nie odłączał się od nich

i wówczas, gdy któryœ z tych płaskich, bezgłowych kadłubów z nagła

zaczynał biec niesamowitym, pajęczym biegiem. W tym czasie ojciec mój

zaczął zapadać na zdrowiu. Bywało już w pierwszych tygodniach tej

wczesnej zimy, że spędzał dnie całe w łóżku, otoczony flaszkami,

pigułkami i księgami handlowymi, które mu przynoszono z kontuaru. Gorzki

zapach choroby osiadał na dnie pokoju, którego tapety gęstwiały

ciemniejszym splotem arabesek. Wieczorami, gdy matka przychodziła ze

sklepu, bywał podniecony i skłonny do sprzeczek, zarzucał jej

niedokładnośœci w prowadzeniu rachunków, dostawał wypieków i zapalał się

do niepoczytalnoœści. Pamiętam, iż raz, obudziwszy się ze snu póŸźno w

nocy, ujrzałem go, jak w koszuli i boso biegał tam i z powrotem po

skórzanej kanapie, dokumentując w ten sposób swą irytację przed bezradną

matką. W inne dni bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w

swych księgach, zabłąkany głęboko w labiryntach zawiłych obliczeń. Widzę

go w śœwietle kopcącej lampy, przykucniętego wśœród poduszek, pod wielkim

rzeźŸbionym nadgłowiem łóżka, z ogromnym cieniem od głowy na œścianie,

kiwającego się w bezgłośœnej medytacji. Chwilami wynurzał głowę z tych

rachunków, jakby dla zaczerpnięcia tchu, otwierał usta, mlaskał z

niesmakiem językiem, który był suchy i gorzki, i rozglądał się

bezradnie, jakby czegośœ szukając. Wówczas bywało, że zbiegał po cichu z

łóżka w kąt pokoju, pod œścianę, na której wisiał zaufany instrument. Był

to rodzaj klepsydry wodnej albo wielkiej fioli szklanej, podzielonej na

uncje i napełnionej ciemnym fluidem. Mój ojciec łączył się z tym

instrumentem długą kiszką gumową, jakby krętą, bolesną pępowiną, i tak

połączony z żałosnym przyrządem - nieruchomiał w skupieniu, a oczy jego

ciemniały, zaśœ na twarz przybladłą występował wyraz cierpienia czy

jakiejœ występnej rozkoszy. Potem znów przychodziły dni cichej skupionej

pracy, przeplatanej samotnymi monologami. Gdy tak siedział w œświetle

lampy stołowej, wśœród poduszek wielkiego łoża, a pokój ogromniał górą w

cieniu umbry, który go łączył z wielkim żywiołem nocy miejskiej za oknem

- czuł, nie patrząc, że przestrzeń obrasta go pulsującą gęstwiną tapet,

pełną szeptów, syków i seplenień. Słyszał, nie patrząc, tę zmowę pełną

porozumiewawczych mrugnięć perskich oczu, rozwijających się wśœród

kwiatów małżowin usznych, które słuchały, i ciemnych ust, które się

uœśmiechały. Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę,

liczył i sumował, bojąc się zdradzić ten gniew, który w nim wzbierał, i

walcząc z pokusą, żeby z nagłym krzykiem nie rzucić się na ośœlep za

siebie i nie pochwycić pełnych garśœci tych kędzierzawych arabesek, tych

pęków oczu i uszu, które noc wyroiła ze siebie i które rosły i

zwielokrotniały się, wymajaczając coraz nowe pędy i odnogi z

macierzystego pępka ciemnośœci. I uspokajał się dopiero, gdy z odpływem

nocy tapety więdły, zwijały się, gubiły liœście i kwiaty i przerzedzały

się jesiennie, przepuszczając dalekie œświtanie. Wtedy wśœród œświergotu

tapetowych ptaków, w żółtym zimowym œświcie zasypiał na parę godzin

gęstym, czarnym snem. Od dni, od tygodni, gdy zdawał się być pogrążonym

w zawiłych konto-korrentach - myśœl jego zapuszczała się tajnie w

labirynty własnych wnętrznośœci. Wstrzymywał oddech i nasłuchiwał. I gdy

wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin, uspokajał go

uśœmiechem. Nie wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia, te

propozycje, które nań napierały. Za dnia były to jakby rozumowania i

perswazje, długie, monotonne rozważania prowadzone półgłosem i pełne

humorystycznych interludiów, filuternych przekomarzań. Ale nocą

podnosiły się te głosy namiętniej. Żądanie wracało coraz wyraźŸniej i

donioślej i słyszeliśœmy, jak rozmawiał z Bogiem, prosząc się jak gdyby i

wzbraniając przed czymœ, co natarczywie żądało i domagało się. Aż pewnej

nocy podniósł się ten głos groźŸnie i nieodparcie, żądając, aby mu dał

œświadectwo usty i wnętrznośœciami swymi. I usłyszeliśœmy, jak duch weń

wstąpił, jak podnosi się z łóżka, długi i rosnący gniewem proroczym,

dławiąc się hałaśœliwymi słowy, które wyrzucał jak mitralieza.

Słyszeliœśmy łomot walki i jęk ojca, jęk tytana ze złamanym biodrem,

który jeszcze urąga. Nie widziałem nigdy proroków Starego Testamentu,

ale na widok tego męża, którego gniew boży obalił, rozkraczonego szeroko

na ogromnym porcelanowym urynale, zakrytego wichrem ramion, chmurą

rozpaczliwych łamańców, nad którymi wyżej jeszcze unosił się głos jego,

obcy i twardy - zrozumiałem gniew boży śœwiętych mężów. Był to dialog

groŸźny jak mowa piorunów. Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki, a

w szczelinach ukazywała się twarz Jehowy, wzdęta gniewem i plująca

przekleństwa. Nie patrząc widziałem go, groźŸnego Demiurga, jak leżąc na

ciemnoœściach jak na Synaju, wsparłszy potężne dłonie na karniszu

firanek, przykładał ogromną twarz do górnych szyb okna, na których

płaszczył się potwornie mięsisty nos jego. Słyszałem jego głos w

przerwach proroczej tyrady mego ojca, słyszałem te potężne warknięcia

wzdętych warg, od których szyby brzęczały, mieszające się z wybuchami

zaklęć, lamentów, gróźŸb mego ojca. Czasami głosy przycichały i zżymały

się z cicha jak gaworzenie wiatru w nocnym kominie, to znowu wybuchały

wielkim zgiełkliwym hałasem, burzą zmieszanych szlochów i przekleństw. Z

nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemnośœci wionęła

przez pokój. W śœwietle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej

bieliźŸnie, jak ze straszliwym przekleństwem wylewał potężnym chlustem w

okno zawartoœść nocnika w noc szumiącą jak muszla.

2

Mój ojciec powoli zanikał, wiądł w oczach. Przykucnięty pod wielkimi poduszkami, dziko

nastroszony kępami siwych włosów, rozmawiał z sobą półgłosem, pogrążony

cały w jakieś zawiłe wewnętrzne afery. Zdawać się mogło, że osobowoœść

jego rozpadła się na wiele pokłóconych i rozbieżnych jaźŸni, gdyż kłócił

się ze sobą głośœno, pertraktował usilnie i namiętnie, przekonywał i

prosił, to znowu zdawał się przewodniczyć zgromadzeniu wielu

interesantów, których usiłował z całym nakładem żarliwoœści i swady

pogodzić. Ale za każdym razem te hałaœśliwe zebrania, pełne gorących

temperamentów, rozpryskiwały się przy końcu, wśœród klątw, złorzeczeń i

obelg. Potem przyszedł okres jakiegoœ uciszenia, ukojenia wewnętrznego,

błogiej pogody ducha. Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku, na

stole, na podłodze i jakiœś benedyktyński spokój pracy zalegał w œświetle

lampy nad białą poœścielą łóżka, nad pochyloną siwą głową mego ojca. Ale

gdy matka późŸnym wieczorem wracała ze sklepu, ojciec ożywiał się,

przywoływał ją do siebie i z dumą pokazywał jej œświetne, kolorowe

odbijanki, którymi skrzętnie wylepił stronice księgi głównej.

Zauważyliœmy wówczas wszyscy, że ojciec zaczął z dnia na dzień maleć jak

orzech, który zsycha się wewnątrz łupiny. Zanikowi temu nie towarzyszył

bynajmniej upadek sił. Przeciwnie, stan jego zdrowia, humor, ruchliwośœć

zdawały się poprawiać. Często śœmiał się teraz głoœśno i szczebiotliwie,

zanosił się wprost od œśmiechu, albo też pukał w łóżko i odpowiadał sobie

„proszę” w różnych tonacjach, całymi godzinami. Od czasu do czasu złaził

z łóżka, wspinał się na szafę i przykucnięty pod sufitem porządkował cośœ

w starych gratach, pełnych rdzy i kurzu. Niekiedy ustawiał sobie dwa

krzesła naprzeciw siebie i wspierając się rękami o poręcze, bujał się

nogami wstecz i naprzód, szukając rozpromienionymi oczyma w naszych

twarzach wyrazów podziwu i zachęty. Z Bogiem, zdaje się, pogodził się

zupełnie. Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie

sypialni, oblana ciemną purpurą bengalskiego œświatła, i patrzyła przez

chwilę dobrotliwie na uśœpionego głęboko, którego œśpiewne chrapanie

zdawało się wędrować daleko po nieznanych obszarach œświatów sennych.

Podczas długich, półciemnych popołudni tej póŸźnej zimy ojciec mój

zapadał od czasu do czasu na całe godziny w gęsto zastawione gratami

zakamarki, szukając czegośœ zawzięcie. I nieraz bywało podczas obiadu,

gdy zasiadaliśœmy wszyscy do stołu, brakło ojca. Wówczas matka musiała

długo wołać „Jakubie!” i stukać łyżką w stół, zanim wylazł z jakiejś

szafy, oblepiony szmatami pajęczyny i kurzu, z wzrokiem nieprzytomnym i

pogrążonym w zawiłych, a jemu tylko wiadomych sprawach, które go

zaprzątały. Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę

symetrycznie do wielkiego wypchanego sępa, który po drugiej stronie okna

zawieszony był na ścianie. W tej nieruchomej, przykucniętej pozie, z

wzrokiem zamglonym i z miną chytrze uœmiechniętą trwał godzinami, ażeby

z nagła przy czyimœ wejœściu zatrzepotać rękoma jak skrzydłami i zapiać

jak kogut. Przestaliœmy zwracać uwagę na te dziwactwa, w które się z

dnia na dzień głębiej wplątywał. Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych

potrzeb, nie przyjmując tygodniami pokarmu, pogrążał się z dniem każdym

głębiej w zawiłe i dziwaczne afery, dla których nie mieliœśmy

zrozumienia. Niedosięgły dla naszych perswazji i próœźb, odpowiadał

urywkami swego wewnętrznego monologu, którego przebiegu nic z zewnątrz

zmącić nie mogło. Wiecznie zaaferowany, chorobliwie ożywiony, z

wypiekami na suchych policzkach nie zauważał nas i przeoczał.

Przywykliœśmy do jego nieszkodliwej obecnośœci, do jego cichego

gaworzenia, do tego dziecinnego, w sobie zatopionego œświegotu, którego

trele przebiegały niejako na marginesie naszego czasu. Wtedy już znikał

niekiedy na wiele dni, podziewał się gdzieśœ w zapadłych zakamarkach

mieszkania i nie można go było znaleźŸć. Stopniowo te zniknięcia

przestały sprawiać na nas wrażenie, przywykliśœmy do nich i kiedy po

wielu dniach znów się pojawiał, o parę cali mniejszy i chudszy, nie

zatrzymywało to na dłużej naszej uwagi. Przestaliœśmy po prostu brać go w

rachubę, tak bardzo oddalił się od wszystkiego, co ludzkie i co

rzeczywiste. Węzeł po w꼟le odluźŸniał się od nas, punkt po punkcie gubił

związki łączące go ze wspólnotą ludzką. To, co jeszcze z niego

pozostało, to trochę cielesnej powłoki i ta garœść bezsensownych dziwactw

- mogły zniknąć pewnego dnia, tak samo nie zauważone jak szara kupka

œśmieci, gromadząca się w kącie, którą Adela co dzień wynosiła na

śœmietnik.

PTAKI

Nadeszły żółte, pełne nudy dni zimowe. Zrudziałą ziemię pokrywał

dziurawy, przetarty, za krótki obrus œśniegu. Na wiele dachów nie

starczyło go i stały czarne lub rdzawe, gontowe strzechy i arki kryjące

w sobie zakopcone przestrzenie strychów - czarne, zwęglone katedry,

najeżone żebrami krokwi, płatwi i bantów - ciemne płuca wichrów

zimowych. Każdy œświt odkrywał nowe kominy i dymniki, wyrosłe w nocy,

wydęte przez wicher nocny, czarne piszczałki organów diabelskich.

Kominiarze nie mogli opędzić się od wron, które na kształt żywych

czarnych liśœci obsiadały wieczorem gałęzie drzew pod koœściołem, odrywały

się znów, trzepocąc, by wreszcie przylgnąć, każda do właœściwego miejsca

na właœściwej gałęzi, a o œświcie ulatywały wielkimi stadami - tumany

sadzy, płatki kopciu, falujące i fantastyczne, plamiąc migotliwym

krakaniem mętnożółte smugi œświtu. Dni stwardniały od zimna i nudy, jak

zeszłoroczne bochenki chleba. Napoczynano je tępymi nożami, bez apetytu,

z leniwą sennośœcią. Ojciec nie wychodził już z domu. Palił w piecach,

studiował nigdy niezgłębioną istotę ognia, wyczuwał słony, metaliczny

posmak i wędzony zapach zimowych płomieni, chłodną pieszczotę

salamander, liżących błyszczącą sadzę w gardzieli komina. Z zamiłowaniem

wykonywał w owych dniach wszystkie reparatury w górnych regionach

pokoju. O każdej porze dnia można go było widzieć, jak - przykucnięty na

szczycie drabiny - majstrował cośœ przy suficie, przy kamiszach wysokich

okien, przy kulach i łańcuchach lamp wiszących. Zwyczajem malarzy

posługiwał się drabiną jak ogromnymi szczudłami i czuł się dobrze w tej

ptasiej perspektywie, w pobliżu malowanego nieba, arabesek i ptaków

sufitu. Od spraw praktycznego życia oddalał się coraz bardziej. Gdy

matka, pełna troski i zmartwienia z powodu jego stanu, starała się go

wciągnąć w rozmowę o interesach, o płatnoœściach najbliższego „ultimo”,

słuchał jej z roztargnieniem, pełen niepokoju, z drgawkami w nieobecnej

twarzy. I bywało, że przerywał jej nagle zaklinającym gestem ręki, ażeby

pobiec w kąt pokoju, przylgnąć uchem do szpary w podłodze i z

podniesionymi palcami wskazującymi obu rąk, wyrażającymi najwyższą

ważność badania - nasłuchiwać. Nie rozumieliœśmy wówczas jeszcze smutnego

tła tych ekstrawagancji, opłakanego kompleksu, który dojrzewał w głębi.

Matka nie miała nań żadnego wpływu, natomiast wielką czcią i uwagą

darzył Adelę. Sprzątanie pokoju było dlań wielką i ważną ceremonią,

której nie zaniedbywał nigdy być śœwiadkiem, śœledząc z mieszaniną strachu

i rozkosznego dreszczu wszystkie manipulacje Adeli. Wszystkim jej

czynnośœciom przypisywał głębsze, symboliczne znaczenie. Gdy dziewczyna

młodymi i œśmiałymi ruchami posuwała szczotkę na długim drążku po

podłodze, było to niemal ponad jego siły. Z oczu jego lały się wówczas

łzy, twarz zanosiła się od cichego œśmiechu, a ciałem wstrząsał rozkoszny

spazm orgazmu. Jego wrażliwośœć na łaskotki dochodziła do szaleństwa.

Wystarczyło, by Adela skierowała doń palec ruchem oznaczającym

łaskotanie, a już w dzikim popłochu uciekał przez wszystkie pokoje,

zatrzaskując za sobą drzwi, by wreszcie w ostatnim paśœć brzuchem na

łóżko i wić się w konwulsjach œśmiechu pod wpływem samego obrazu

wewnętrznego, któremu nie mógł się oprzeć. Dzięki temu miała Adela nad

ojcem władzę niemal nieograniczoną. W tym to czasie zauważyliśœmy u ojca

po raz pierwszy namiętne zainteresowanie dla zwierząt. Była to

początkowo namiętnoœść myśœliwego i artysty zarazem, była może także

głębsza, zoologiczna sympatia kreatury dla pokrewnych, a tak odmiennych

form życia, eksperymentowanie w nie wypróbowanych rejestrach bytu.

Dopiero w późŸniejszej fazie wzięła sprawa ten niesamowity, zaplątany,

głęboko grzeszny i przeciwny naturze obrót, którego lepiej nie wywlekać

na śœwiatło dzienne. Zaczęło się to od wylęgania jaj ptasich. Z wielkim

nakładem trudu i pieniędzy sprowadzał ojciec z Hamburga, z Holandii, z

afrykańskich stacji zoologicznych zapłodnione jaja ptasie, które dawał

do wylęgania ogromnym kurom belgijskim. Był to proceder nader zajmujący

i dla mnie - to wykluwanie się piskląt, prawdziwych dziwotworów w

kształcie i ubarwieniu. Nie podobna było dopatrzyć się w tych monstrach

o ogromnych, fantastycznych dziobach, które natychmiast po urodzeniu

rozdzierały się szeroko, sycząc żarłocznie czeluśœciami gardła, w tych

jaszczurach o wątłym, nagim ciele garbusów - przyszłych pawi, bażantów,

głuszców i kondorów. Umieszczony w koszykach, w wacie, smoczy ten pomiot

podnosił na cienkich szyjach śœlepe, bielmem zarosle głowy, kwacząc

bezgłośœnie z niemych gardzieli. Mój ojciec chodził wzdłuż półek w

zielonym fartuchu, jak ogrodnik wzdłuż inspektów z kaktusami, i wywabiał

z nicośœci te pęcherze śœlepe, pulsujące życiem, te niedołężne brzuchy,

przyjmujące œświat zewnętrzny tylko w formie jedzenia, te naroœśle życia,

pnące się omackiem ku œświatłu. W parę tygodni późŸniej, gdy te śœlepe

pączki życia pękły do œświatła, napełniły się pokoje kolorowym pogwarem,

migotliwym śœwiergotem swych nowych mieszkańców. Obsiadały one karnisze

firanek, gzymsy szaf, gnieŸździły się w gęstwinie cynowych gałęzi i

arabesek wieloramiennych lamp wiszących. Gdy ojciec studiował wielkie

ornitologiczne kompendia i wertował kolorowe tablice, zdawały się

ulatywać z nich te pierzaste fantazmaty i napełniać pokój kolorowym

trzepotem, płatami purpury, strzępami szafiru, grynszpanu i srebra.

Podczas karmienia tworzyły one na podłodze barwną, falującą grządkę,

dywan żywy, który za czyimśœ niebacznym wejśœciem rozpadał się, rozlatywał

w ruchome kwiaty, trzepocące w powietrzu, aby w końcu rozmieśœcić się w

górnych regionach pokoju. W pamięci pozostał mi szczególnie jeden

kondor, ogromny ptak o szyi nagiej, twarzy pomarszczonej i wybujałej

naroślami. Był to chudy asceta, lama buddyjski, pełen niewzruszonej

godnośœci w całym zachowaniu, kierujący się żelaznym ceremoniałem swego

wielkiego rodu. Gdy siedział naprzeciw ojca, nieruchomy w swej

monumentalnej pozycji odwiecznych bóstw egipskich, z okiem zawleczonym

białawym bielmem, które zasuwał z boku na źrenice, ażeby zamknąć się

zupełnie w kontemplacji swej dostojnej samotnośœci - wydawał się ze swym

kamiennym profilem starszym bratem mego ojca. Ta sama materia ciała,

œścięgien i pomarszczonej twardej skóry, ta sama twarz wyschła i

koœścista, te same zrogowaciałe, głębokie oczodoły. Nawet ręce, silne w

węzłach, długie, chude dłonie ojca, z wypukłymi paznokciami, miały swój

analogon w szponach kondora. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, widząc go

tak uśœpionego, że mam przed sobą mumię - wyschłą i dlatego pomniejszoną

mumię mego ojca. Sądzę, że i uwagi matki nie uszło to przedziwne

podobieństwo, chociaż nigdy nie poruszaliœśmy tego tematu.

Charakterystyczne jest, że kondor używał wspólnego z moim ojcem naczynia

nocnego. Nie poprzestając na wylęganiu coraz nowych egzemplarzy, ojciec

mój urządzał na strychu wesela ptasie, wysyłał swatów, uwiązywał w

lukach i dziurach strychu ponętne, stęsknione narzeczone i osiągnął w

samej rzeczy to, że dach naszego domu, ogromny, dwuspadowy dach gontowy,

stał się prawdziwą gospodą ptasią, arką Noego, do której zlatywały się

wszelkiego rodzaju skrzydlacze z dalekich stron. Nawet długo po

zlikwidowaniu ptasiego gospodarstwa utrzymywała się w œświecie ptasim ta

tradycja naszego domu i w okresie wiosennych wędrówek spadały nieraz na

nasz dach całe chmary żurawi, pelikanów, pawi i wszelkiego ptactwa.

Impreza ta wzięła jednak niebawem - po krótkiej śœwietnoœści - smutny

obrót. Wkrótce okazała się bowiem konieczna translokacja ojca do dwóch

pokojów na poddaszu, które służyły za rupieciarnie. Stamtąd dochodził

już o wczesnym śœwicie zmieszany klangor głosów ptasich. Drewniane pudła

pokojów na strychu, wspomagane rezonansem przestrzeni dachowej,

dźŸwięczały całe od szumu, trzepotu, piania, tokowania i gulgotu. Tak

straciliśœmy ojca z widoku na przeciąg kilku tygodni. Rzadko tylko

schodził do mieszkania i wtedy mogliœśmy zauważyć, że zmniejszył się

jakoby, schudł i skurczył. Niekiedy przez zapomnienie zrywał się z

krzesła przy stole i trzepiąc rękoma jak skrzydłami, wydawał pianie

przeciągłe, a oczy zachodziły mu mgłą bielma. Potem, zawstydzony, œśmiał

się razem z nami i starał się ten incydent obrócić w żart. Pewnego razu

w okresie generalnych porządków zjawiła się niespodzianie Adela w

państwie ptasim ojca. Stanąwszy we drzwiach, załamała ręce nad fetorem,

który się unosił w powietrzu, oraz nad kupami kału, zalegającego

podłogi, stoły i meble. Szybko zdecydowana otworzyła okno, po czym przy

pomocy długiej szczotki wprawiła całą masę ptasią w wirowanie. Wzbił się

piekielny tuman piór, skrzydeł i krzyku, w którym Adela, podobna do

szalejącej Menady, zakrytej młyńcem swego tyrsu, tańczyła taniec

zniszczenia. Razem z ptasią gromadą ojciec mój, trzepiąc rękoma, w

przerażeniu próbował wznieśœć się w powietrze. Zwolna przerzedzał się

tuman skrzydlaty, aż w końcu na pobojowisku została sama Adela,

wyczerpana, dysząca, oraz mój ojciec z miną zafrasowaną i zawstydzoną,

gotów do przyjęcia każdej kapitulacji. W chwilę późŸniej schodził mój

ojciec ze schodów swojego dominium - człowiek złamany, król-banita,

który stracił tron i królowanie.

MANEKINY

Ta ptasia impreza mego ojca była ostatnim wybuchem kolorowości,

ostatnim i œświetnym kontrmarszem fantazji, który ten niepoprawny

improwizator, ten fechtmistrz wyobraźni poprowadził na szańce i okopy

jałowej i pustej zimy. Dziœś dopiero rozumiem samotne bohaterstwo, z

jakim sam jeden wydał on wojnę bezbrzeżnemu żywiołowi nudy drętwiącej

miasto. Pozbawiony wszelkiego poparcia, bez uznania z naszej strony

bronił ten mąż przedziwny straconej sprawy poezji. Był on cudownym

młynem, w którego leje sypały się otręby pustych godzin, ażeby w jego

trybach zakwitnąć wszystkimi kolorami i zapachami korzeni Wschodu. Ale

przywykli do œświetnego kuglarstwa tego metafizycznego prestidigitatora,

byliœśmy skłonni zapoznawać wartośœć jego suwerennej magii, która nas

ratowała od letargu pustych dni i nocy. Adeli nie spotkał żaden wyrzut

za jej bezmyśœlny i tępy wandalizm. Przeciwnie, czuliśœmy jakieœ niskie

zadowolenie, haniebną satysfakcję z ukrócenia tych wybujałoœści, których

kosztowaliœśmy łakomie do syta, ażeby potem uchylić się perfidnie od

odpowiedzialnośœci za nie. A może był w tej zdradzie i tajny pokłon w

stronę zwycięskiej Adeli, której przypisywaliœśmy niejasno jakąś misję i

posłannictwo sił wyższego rzędu. Zdradzony przez wszystkich, wycofał się

ojciec bez walki z miejsc swej niedawnej chwały. Bez skrzyżowania szpad

oddał w ręce wroga domenę swej byłej œświetnoœści. Dobrowolny banita

usunął się do pustego pokoju na końcu sieni i oszańcował się tam

samotnośœcią. Zapomnieliœśmy o nim. Obiegła nas znowu ze wszech stron

żałobna szarośœć miasta, zakwitając w oknach ciemnym liszajem œświtów,

pasożytniczym grzybem zmierzchów, rozrastającym się w puszyste futro

długich nocy zimowych. Tapety pokojów, rozluźŸnione błogo za tamtych dni

i otwarte dla kolorowych lotów owej skrzydlatej czeredy, zamknęły się

znów w sobie, zgęstniały plącząc się w monotonii gorzkich monologów.

Lampy poczerniały i zwiędły jak stare osty i bodiaki. Wisiały teraz

osowiałe i zgryźŸliwe, dzwoniąc cicho kryształkami szkiełek, gdy ktoœ

przeprawiał się omackiem przez zmierzch pokoju. Na próżno wetknęła Adela

we wszystkie ramiona tych lamp kolorowe œświece, nieudolny surogat, blade

wspomnienie śœwietnych iluminacji, którymi kwitły niedawno wiszące ich

ogrody. Ach! gdzie było to œświegotliwe pączkowanie, to owocowanie

pośœpieszne i fantastyczne w bukietach tych lamp, z których jak z

pękających czarodziejskich tortów ulatywały skrzydlate fantazmaty,

rozbijające powietrze na talie kart magicznych, rozsypując je w kolorowe

oklaski, sypiące się gęstymi łuskami lazuru, pawiej, papuziej zieleni,

metalicznych połysków, rysując w powietrzu linie i arabeski, migotliwe

śœlady lotów i kołowań, rozwijając kolorowe wachlarze trzepotów,

utrzymujące się długo po przelocie w bogatej i błyskotliwej atmosferze.

Jeszcze teraz kryły się w głębi zszarzałej aury echa i możliwośœci

barwnych rozbłysków, lecz nikt nie nawiercał fletem, nie doœświadczał

œświdrem zmętniałych słojów powietrznych. Tygodnie te stały pod znakiem

dziwnej sennoœści. Łóżka cały dzień nie zaœścielone, zawalone pośœcielą

zmiętą i wytarzaną od ciężkich snów, stały jak głębokie łodzie gotowe do

odpływu w mokre i zawiłe labirynty jakiejśœ czarnej, bezgwiezdnej

Wenecji. O głuchym œświcie Adela przynosiła nam kawę. Ubieraliœśmy się

leniwie w zimnych pokojach, przy œświetle œświecy odbitej wielokrotnie w

czarnych szybach okien. Poranki te były pełne bezładnego krzątania się,

rozwlekłego szukania w różnych szufladach i szafach. Po całym mieszkaniu

słychać było kłapanie pantofelków Adeli. Subiekci zapalali latarnie,

brali z rąk matki wielkie klucze sklepowe i wychodzili w gęstą, wirującą

ciemnośœć. Matka nie mogła dojœść do ładu z toaletą. ŒŚwiece dogasały w

lichtarzu. Adela przepadała gdzieœ w odległych pokojach lub na strychu,

gdzie rozwieszała bieliznę. Nie można jej się było dowołać. Młody

jeszcze, mętny i brudny ogień w piecu lizał zimne, błyszczące narośœle

sadzy w gardzieli komina. ڌwieca gasła, pokój pogrążał się w ciemności.

Z głowami na obrusie stołu, wœród resztek œśniadania zasypialiœśmy na wpół

ubrani. Leżąc twarzami na futrzanym brzuchu ciemnoœści, odpływaliœśmy na

jego falistym oddechu w bezgwiezdną nicośœć. Budziło nas głoœśne

sprzątanie Adeli. Matka nie mogła uporać się z toaletą. Nim skończyła

czesanie, subiekci wracali na obiad. Mrok na rynku przybierał kolor

złotawego dymu. Przez chwilę z tych dymnych miodów, z tych mętnych

bursztynów mogły się rozpowić kolory najpiękniejszego popołudnia. Ale

szcz궜liwy moment mijał, amalgamat œświtu przekwitał, wezbrany ferment

dnia, już niemal dośœcigły, opadał z powrotem w bezsilną szarośœć.

Zasiadaliśœmy do stołu, subiekci zacierali czerwone z zimna ręce i nagle

proza ich rozmów sprowadzała od razu pełny dzień, szary i pusty wtorek,

dzień bez tradycji i bez twarzy. Ale gdy pojawiał się na stole półmisek

z rybą w szklistej galarecie, dwie duże ryby leżące bok przy boku, głową

do ogona jak figura zodiakalna, odpoznawaliœśmy w nich herb owego dnia,

emblemat kalendarzowy bezimiennego wtorku, i rozbieraliœśmy go

pospiesznie między siebie, pełni ulgi, że dzień odzyskał w nim swą

fizjonomię. Subiekci spożywali go z namaszczeniem, z powagą

kalendarzowej ceremonii. Zapach pieprzu rozchodził się po pokoju. A gdy

wytarli bułką ostatek galarety ze swych talerzy, rozważając w myśœli

heraldykę następnych dni tygodnia, i na półmisku zostawały tylko głowy z

wygotowanymi oczyma - czuliśœmy wszyscy, że dzień został wspólnymi siłami

pokonany i że reszta nie wchodziła już w rachubę. W samej rzeczy z

resztą tą, wydaną na jej łaskę, Adela nie robiła sobie długich

ceregieli. Wœród brzęku garnków i chlustów zimnej wody likwidowała z

energią tych parę godzin do zmierzchu, które matka przesypiała na

otomanie. Tymczasem w jadalni przygotowywano już scenerię wieczoru.

Polda i Paulina, dziewczęta do szycia, rozgospodarowywały się w niej z

rekwizytami swego fachu. Na ich ramionach wniesiona wchodziła do pokoju

milcząca, nieruchoma pani, dama z kłaków i płótna, z czarną drewnianą

gałką zamiast głowy. Ale ustawiona w kącie, między drzwiami a piecem, ta

cicha dama stawała się panią sytuacji. Ze swego kąta, stojąc nieruchomo,

nadzorowała w milczeniu pracę dziewcząt. Pełna krytycyzmu i niełaski

przyjmowała ich starania i umizgi, z jakimi przyklękały przed nią,

przymierzając fragmenty sukni, znaczone białą fastrygą. Obsługiwały z

uwagą i cierpliwośœcią milczący idol, którego nic zadowolić nie mogło.

Ten moloch był nieubłagany, jak tylko kobiece molochy być potrafią, i

odsyłał je wciąż na nowo do pracy, a one, wrzecionowate i smukłe,

podobne do szpuli drewnianych, z których odwijały się nici, i tak

ruchliwe jak one, manipulowały zgrabnymi ruchami nad tą kupą jedwabiu i

sukna, wcinały się szczękającymi nożycami w jej kolorową masę, furkotały

maszyną, depcąc pedał lakierkową, tanią nóżką, a dookoła nich rosła kupa

odpadków, różnokolorowych strzępów i szmatek, jak wyplute łuski i plewy

dookoła dwóch wybrednych i marnotrawnych papug. Krzywe szczęki nożyc

otwierały się ze skrzypieniem, jak dzioby tych kolorowych ptaków.

Dziewczęta deptały nieuważnie po barwnych obrzynkach, brodząc

nieœświadomie niby w œśmietniku możliwego jakiegoœ karnawału, w rupieciami

jakiejśœ wielkiej nieurzeczywistnionej maskarady. Otrzepywały się ze

szmatek z nerwowym œśmiechem, łaskotały oczyma zwierciadła. Ich dusze,

szybkie czarodziejstwo ich rąk było nie w nudnych sukniach, które

zostawały na stole, ale w tych setkach odstrzygnięć, w tych wiórach

lekkomyśœlnych i płochych, którymi zasypać mogły cale miasto, jak

kolorową fantastyczną śœnieżycą. Nagle było im gorąco i otwierały okno,

ażeby w niecierpliwośœci swej samotni, w głodzie obcych twarzy,

przynajmniej bezimienną twarz zobaczyć, do okna przyciśœniętą. Wachlowały

rozpalone swe policzki przed wzbierającą firankami nocą zimową -

odsłaniały płonące dekolty, pełne nienawiści do siebie i rywalizacji,

gotowe stanąć do walki o tego pierrota, którego by ciemny powiew nocy

przywiał na okno. Ach! jak mało wymagały one od rzeczywistośœci. Miały

wszystko w sobie, miały nadmiar wszystkiego w sobie. Ach! byłby im

wystarczył pierrot wypchany trocinami, jedno-dwa słowa, na które od

dawna czekały, by móc wpaśœć w swą rolę dawno przygotowaną, z dawna

tłoczącą się na usta, pełną słodkiej i strasznej goryczy, ponoszącą

dziko, jak stronice romansu połykane nocą wraz ze łzami ronionymi na

wypieki lic. Podczas jednej ze swych wędrówek wieczornych po mieszkaniu,

przedsiębranych pod nieobecnoœść Adeli, natknął się mój ojciec na ten

cichy seans wieczorny. Przez chwilę stał w ciemnych drzwiach przyległego

pokoju, z lampą w ręku, oczarowany sceną pełną gorączki i wypieków, tą

idyllą z pudru, kolorowej bibułki i atropiny, której jako tło pełne

znaczenia podłożona była noc zimowa, oddychająca wśœród wzdętych firanek

okna. Nakładając okulary, zbliżył się w paru krokach i obszedł dookoła

dziewczęta, ośœwiecając je podniesioną w ręku lampą. Przeciąg z otwartych

drzwi podniósł firanki u okna, panienki dawały się oglądać, kręcąc się w

biodrach, polœśniewając emalią oczu, lakiem skrzypiących pantofelków,

sprzączkami podwiązek pod wzdętą od wiatru sukienką; szmatki jęły umykać

po podłodze, jak szczury, ku uchylonym drzwiom ciemnego pokoju, a ojciec

mój przyglądał się uważnie prychającym osóbkom, szepcąc półgłosem: -

Genus avium... jeśœli się nie mylę, scansores albo pistacci... w

najwyższym stopniu godne uwagi. Przypadkowe to spotkanie stało się

początkiem całej serii seansów, podczas których ojciec mój zdołał rychło

oczarować obie panienki urokiem swej przedziwnej osobistoœści. Odpłacając

się za pełną galanterii i dowcipu konwersację, którą zapełniał im pustkę

wieczorów - dziewczęta pozwalały zapalonemu badaczowi studiować

strukturę swych szczupłych i tandetnych ciałek. Działo się to w toku

konwersacji, z powagą i wytwornośœcią, która najryzykowniejszym punktom

tych badań odbierała dwuznaczny ich pozór. Odsuwając pończoszkę z kolana

Pauliny i studiując rozmiłowanymi oczyma zwięzłą i szlachetną

konstrukcję przegubu, ojciec mój mówił: - Jakże pełna uroku i jak

szczꜶliwa jest forma bytu, którą panie obrały. Jakże piękna i prosta

jest teza, którą dano wam swym życiem ujawnić. Lecz za to z jakim

mistrzostwem, z jaką finezją wywiązują się panie z tego zadania. Gdybym

odrzucając respekt przed Stwórcą, chciał się zabawić w krytykę

stworzenia, wołałbym: - mniej treśœci, więcej formy! Ach, jakby ulżył

œświatu ten ubytek treśœci. Więcej skromnoœści w zamierzeniach, więcej

wstrzemi꼟liwośœci w pretensjach - panowie demiurdzy - a œświat byłby

doskonalszy! - wołał mój ojciec akurat w momencie, gdy dłoń jego

wyłuskiwała białą łydkę Pauliny z uwięzi pończoszki. W tej chwili Adela

stanęła w otwartych drzwiach jadalni, niosąc tacę z podwieczorkiem. Było

to pierwsze spotkanie dwu tych wrogich potęg od czasu wielkiej rozprawy.

My wszyscy, którzy asystowaliœśmy przy tym spotkaniu, przeżyliœśmy chwilę

wielkiej trwogi. Było nam nadwyraz przykro by㠜świadkami nowego

upokorzenia i tak już ciężko doœświadczonego męża. Mój ojciec powstał z

klęczek bardzo zmieszany, falą po fali zabarwiała się jego twarz coraz

ciemniej napływem wstydu. Ale Adela znalazła się niespodzianie na

wysokości sytuacji. Podeszła z uśœmiechem do ojca i dała mu prztyczka w

nos. Na to hasło Polda i Paulina klasnęły radośnie w dłonie, zatupotały

nóżkami i uwiesiwszy się z obu stron u ramion ojca, obtańczyły z nim

stół dookoła. W ten sposób, dzięki dobremu sercu dziewcząt, rozwiał się

zarodek przykrego konfliktu w ogólnej wesołośœci. Oto jest początek

wielce ciekawych i dziwnych prelekcji, które mój ojciec, natchniony

urokiem tego małego i niewinnego audytorium, odbywał w następnych

tygodniach owej wczesnej zimy. Jest godne uwagi, jak w zetknięciu z

niezwykłym tym człowiekiem rzeczy wszystkie cofały się niejako do

korzenia swego bytu, odbudowywały swe zjawisko aż do metafizycznego

jądra, wracały niejako do pierwotnej idei, ażeby w tym punkcie

sprzeniewierzyć się jej i przechylić w te wątpliwe, ryzykowne i

dwuznaczne regiony, które nazwiemy tu krótko regionami wielkiej herezji.

Nasz herezjarcha szedł wśœród rzeczy jak magnetyzer, zarażając je i

uwodząc swym niebezpiecznym czarem. Czy mam nazwać i Paulinę jego

ofiarą? Stała się ona w owych dniach jego uczennicą, adeptką jego

teoryj, modelem jego eksperymentów. Tutaj postaram się wyłożyć z

należytą ostrożnośœcią, i unikając zgorszenia, tę nader kacerską

doktrynę, która opętała wówczas na długie miesiące mego ojca i opanowała

wszystkie jego poczynania.

TRAKTAT O MANEKINACH ALBO

WTÓRA KSIĘGA RODZAJU

Demiurgos - mówił mój ojciec - nie posiadł monopolu na tworzenie - tworzenie jest przywilejem

wszystkich duchów. Materii dana jest nieskończona płodnoœść,

niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy, która nas nęci

do formowania. W głębi materii kształtują się niewyraŸźne uśmiechy,

zawiązują się napięcia, zgęszczają się próby kształtów. Cała materia

faluje od nieskończonych możliwośœci, które przez nią przechodzą mdłymi

dreszczami. Czekając na ożywcze tchnienie ducha, przelewa się ona w

sobie bez końca, kusi tysiącem słodkich okrąglizn i miękkośœci, które z

siebie w śœlepych rojeniach wymajacza. Pozbawiona własnej inicjatywy,

lubieżnie podatna, po kobiecemu plastyczna, uległa wobec wszystkich

impulsów - stanowi ona teren wyjęty spod prawa, otwarty dla wszelkiego

rodzaju szarlatanerii i dyletantyzmów, domenę wszelkich nadużyć i

wątpliwych manipulacji demiurgicznych. Materia jest najbierniejszą i

najbezbronniejszą istotą w kosmosie. Każdy może ją ugniatać, formować,

każdemu jest posłuszna. Wszystkie organizacje materii są nietrwałe i

luźŸne, łatwe do uwstecznienia i rozwiązania. Nie ma żadnego zła w

redukcji życia do form innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem.

Jest ono nieraz koniecznym gwałtem wobec opornych i skostniałych form

bytu, które przestały być zajmujące. W interesie ciekawego i ważnego

eksperymentu może ono nawet stanowić zasługę. Tu jest punkt wyjœścia dla

nowej apologii sadyzmu. Mój ojciec był niewyczerpany w gloryfikacji tego

przedziwnego elementu, jakim była materia. - Nie ma materii martwej -

nauczał - martwota jest jedynie pozorem, za którym ukrywają się nieznane

formy życia. Skala tych form jest nieskończona, a odcienie i niuanse

niewyczerpane. Demiurgos był w posiadaniu ważnych i ciekawych recept

twórczych. Dzięki nim stworzył on mnogoœść rodzajów, odnawiających się

własną siłą. Nie wiadomo, czy recepty te kiedykolwiek zostaną

zrekonstruowane. Ale jest to niepotrzebne, gdyż jeśœliby nawet te

klasyczne metody kreacji okazały się raz na zawsze niedostępne,

pozostają pewne metody illegalne, cały bezmiar metod heretyckich i

występnych. W miarę jak ojciec od tych ogólnych zasad kosmogonii zbliżał

się do terenu swych ciaœśniejszych zainteresowań, głos jego zniżał się do

wnikliwego szeptu, wykład stawał się coraz trudniejszy i zawilszy, a

wyniki, do których dochodził, gubiły się w coraz bardziej wątpliwych i

ryzykownych regionach. Gestykulacja jego nabierała ezoterycznej

solennośœci. Przymykał jedno oko, przykładał dwa palce do czoła, chytrośœć

jego spojrzenia stawała się wprost niesamowita. Wwiercał się tą

chytroœścią w swe interlokutorki, gwałcił cynizmem tego spojrzenia

najwstydliwsze, najintymniejsze w nich rezerwy i dosięgał wymykające się

w najgłębszym zakamarku, przypierał do œściany i łaskotał, drapał

ironicznym palcem, póki nie dołaskotał się błysku zrozumienia i œśmiechu,

œśmiechu przyznania i porozumienia się, którym w końcu musiało się

kapitulować. Dziewczęta siedziały nieruchomo, lampa kopciła, sukno pod

igłą maszyny dawno się zsunęło, a maszyna stukotała pusto, stębnując

czarne, bezgwiezdne sukno, odwijające się z postawu nocy zimowej za

oknem. - Zbyt długo żyliœśmy pod terrorem niedośœcigłej doskonałości

Demiurga - mówił mój ojciec - zbyt długo doskonałośœć jego tworu

paraliżowała naszą własną twórczośœć. Nie chcemy z nim konkurować. Nie

mamy ambicji mu dorównać. Chcemy być twórcami we własnej, niższej

sferze, pragniemy dla siebie twórczości, pragniemy rozkoszy twórczej,

pragniemy - jednym słowem - demiurgii. - Nie wiem, w czyim imieniu

proklamował mój ojciec te postulaty, jaka zbiorowoœść, jaka korporacja,

sekta czy zakon, nadawała swą solidarnoœścią patos jego słowom. Co do

nas, to byliœmy dalecy od wszelkich zakusów demiurgicznych. Lecz ojciec